Ogień ujarzmiony

Ciepło domowego ogniska ma wymiar ponadmaterialny, jednak poszukując idealnego sposobu ogrzewania domu, nie sposób nie zwrócić uwagi na tradycyjne piece i kuchnie kaflowe. Jest to niezwykle bliski temat dla Marii Danuty Jankowskiej, prowadzącej salon kominków i pieców kaflowych robionych na zamówienie NEVA POL, która dzięki szybkiej pożyczce w Kasie Stefczyka zrealizowała swoje marzenie o większym salonie i zyskała nowe możliwości dla swojej działalności.

14:35 16.09.2014 r.

Myśląc o piecach kaflowych, mimowolnie uciekamy do wspomnień o domach babć i dziadków, o siedliskach sprzed lat, dworkach i pałacach podmiejskich, kryjących unikalną atmosferę i pełne skarbów wnętrza. Samo to wspomnienie wprawia w nastrój melancholii, tęsknoty, ale też chęci zwolnienia nieco tempa życia. Każdy, kto kiedyś widział i miał możliwość ogrzewania się przy piecu kaflowym lub tradycyjnej kuchni kaflowej, mimowolnie ulegnie ich urokowi.

Kafle łączą w sobie tradycję, wartość, artyzm rękodzieła i jego unikalność, a tworzone współcześnie rozwiązania dają możliwość wkomponowania nowoczesnego „serca”, które zapewni funkcjonalność, oszczędność i skuteczność.

Pasjonatem i twórcą projektów unikalnych pieców i kuchni jest Maria Danuta Jankowska, od 15 lat prowadząca salon pieców i kominków NEVA POL. Dzięki pomocy Kasy Stefczyka przeniosła swój salon z Gdyni do Sopotu, do pięknego widnego pomieszczenia w al. Niepodległości 765/3, wspaniale prezentującego urok ręcznie robionych kafli.
b-p81904710.jpg

Maria Danuta Jankowska w swoim salonie kominków i pieców kaflowych NEVA POL w Sopocie

O swojej działalności i historii pieców opowiada z ciepłem i niezwykłą pasją, którą zaraża. Nie sposób opuścić jej salonu, nie marząc o prawdziwym domowym ognisku w postaci tradycyjnego pieca kaflowego.

– Jakie były początki Pani działalności i dlaczego zajęła się Pani kaflami, piecami i kominkami?
– Wszystkie moje początki budzą się we mnie wraz z nastaniem nowego dnia. Właśnie pewnego dnia poczułam, że chcę zacząć w życiu coś nowego, coś satysfakcjonującego. Zaczęłam zastanawiać się, co by tu zmienić, a były to czasy zmian i przemian. Sam pomysł zaczął kiełkować podczas jednego z wyjazdów na Białoruś. Pierwszy raz wyjechałam tam, realizując swoją potrzebę poznania miejsc i miejscowości pochodzenia mojej rodziny, ze strony mojej mamy: Baranowicze, Grodno, Lida i Brześć nad Bugiem, skąd dziadkowie moi wraz z mamą i wujkiem przybyli po wojnie do Warszawy. Białoruś oszołomiła mnie swoim niezwykłym podejściem do Polaków, swoją gościnnością, życzliwością, przyjaznymi rodaków po nocach rozmowami o życiu w kraju i tam, na Białorusi. Czułam ich tęsknotę za „swoimi”, ich wielką chęć do nawiązywania kontaktów prywatnych, zawodowych, turystycznych z Polakami. Odwiedzałam wiele miejsc, za jedno z najważniejszych uznałam oczywiście Zaosie i Nowogródek. Oczywistym jest, że byłam w Dworku Adama Mickiewicza, a zaraz potem w pobliskim kościele, w którym nasz Wieszcz Narodowy został ochrzczony. Zwróciłam tam uwagę, że kościół jest ogrzewany piecem kaflowym, wysokim, okazałym. Tego samego dnia na ryneczku w Nowogródku kupiłam stare drzwiczki do pieca, bo bardzo mi się spodobały, jeszcze wówczas nie przeczuwałam, w jakim kierunku pójdą moje zainteresowania.
Potem pałac Radziwiłłów w Nieświeżu i zamek w Mirze. Podobne odkrycia w postaci unikalnych, pięknych kominków oraz pieców z ręcznie wykonywanych i zdobionych kafli. W jednym z białoruskich domów znowu zobaczyłam śliczny mały kominek narożny, otoczony kiściami winogron wyrzeźbionymi w glinie. Ponieważ zawsze zwracałam uwagę na ciekawostki wnętrzarskie, to oczywiście taki „brylancik” nie umknął mojej uwadze. Wówczas zaproponowano mi odwiedzenie pobliskiej fabryczki, miejsca, w którym „brylancik” ów został stworzony, gdzie również powstawały całe zestawy kafli do budowy kominków i pieców. Pojechaliśmy tam. Białorusini, równie gościnni jak tamtejsi moi rodacy, pokazali swoje, bardzo ładne i ciekawe wyroby. Pani dyrektor fabryczki poszukiwała rynków zbytu. Starała się o nawiązanie kontaktów handlowych z Polską. Obiecałam, że pomogę kogoś znaleźć.


– Czy udało się pomóc?
– Wróciłam do kraju, a ziarno zasiane przez panią dyrektor kiełkowało. Następnego roku postanowiłam poznać Wilno, miasto rodzinne moich pradziadków i, jak wiadomo, niejednego sławnego Polaka. W drodze powrotnej przez Białoruś odwiedziłam znowu fabryczkę. Życzliwość powitania przez jej pracowników była jedyna w swoim rodzaju! A ja nie znalazłam nikogo chętnego do handlu. Nasz rynek był podatny na towary importowane, ale jednocześnie był oszołomiony wyrobami zachodnimi, które wówczas wlewały się do kraju wielkim strumieniem. Dla mnie wyroby zachodnie zawsze kojarzyły się z wielką taśmą produkcyjną, jednorodnych wzorów bez cech indywidualnych i oryginalnych, pozbawione znamion rękodzieła wytworzonego w mozolnej pracy ludzkich rąk, natchnionych myślą jedyną i niepowtarzalną. Wówczas to zobaczyłam w fabryczce nowe wzory. Następnego dnia obudziłam się bardzo rano, spojrzałam na szeroko rozciągnięty za oknem Niemen i pomyślałam, że chcę utrzymać kontakt z tym przyjaznym i romantycznym narodem, w którego żyłach płynie też polska krew. Podjęłam decyzję. Poprosiłam, aby mnie szybko zawieziono do fabryczki, a tam już oznajmiłam, że już mam chętnego do współpracy, w swojej własnej osobie.

– Czy teraz, w trakcie ukraińskich przeobrażeń, współpraca jest kontynuowana, czy i w tej branży odczuwa Pani piętno obecnych wydarzeń?

– Tak, dużo częściej dzwonię do Lwowa z pytaniami, jak u nich, czy mają problemy. Chwilami mają. Niedawno nie mogłam dla swojego klienta zamówić pewnego rodzaju kafli, bo surowiec do ich produkcji był akurat niedostępny. Wiem, że problem ten został już zażegnany.
b-p81904700.jpg

Maria Danuta Jankowska w swoim salonie kominków i pieców kaflowych NEVA POL w Sopocie